Рахмат
„…Nabawiliśmy
się choroby,
na
którą medycyna ludzka nie zna lekarstwa, i bynajmniej nie zamierzamy się z niej
wyleczyć. Choroba owa nazywa się miłością do gór, jest potężnym magnesem
kierującym w stronę gór nasze najwyższe zainteresowania i nasze kroki we
wszystkich wolnych chwilach” – to słowa Wiktora Ostrowskiego, uczestnika
pierwszej polskiej wyprawy w góry wysokie w 1933 r., które przeczytałam w jego
książce: „Wyżej niż kondory”. Mimo, iż napisane dawno, nie tracą swej
aktualności. Myślę, że wielu ludzi mogłoby się także dziś podpisać pod tymi
słowami. Na pewno wśród tych osób jestem ja i pewnie także pozostali uczestnicy
wyprawy pod hasłem „7-tysięcznik na 700-lecie Obornik Śląskich” na Pik Lenina;
bo któż zdrowy jechałby ok. 7000 km, brał na plecy kilkudziesięciokilogramowy
plecak i próbował wchodzić na górę liczącą 7134 m. n.p.m?
Przecież zamiast marznąć w nocy w namiocie walcząc z dusznościami i bólem głowy
możnaby w tym czasie poleniuchować na plażach tak
modnej dziś Chorwacji, Grecji, na Krymie czy chociaż posiedzieć przed
telewizorem.
To
miłość do gór sprawiła,
że 15
lipca br. pięcioosobowa ekipa (Grzegorz Skałecki-
kierownik wyprawy, Jan Bukowiec, Sławomir Węgrzynowicz, Przemysław Komarowski
oraz pisząca te słowa Amelia Pasternak) wsiadła w pociąg do Przemyśla
rozpoczynając tym samym wyprawę na Pik Lenina. Wieczorem tego samego dnia
autobusem wyruszyliśmy do Lwowa, skąd po noclegu na tamtejszym dworcu 16 lipca
rano wyjechaliśmy do Moskwy. Pierwsze kłopoty pojawiły się na granicy ukraińsko-rosyjskiej.
Rosjanie nie chcieli nas wpuścić z powodu braku wiz. Na szczęście nalazł się
jakiś zorientowany celnik, który potwierdził to, co mówiliśmy od samego
początku - że Polacy mogą wjechać bez wiz tranzytowych i pojechaliśmy dalej. Do
Moskwy dotarliśmy rano 17 lipca i udaliśmy się na zwiedzanie rosyjskiej
stolicy. Oczywiście obowiązkowo poszliśmy na Plac Czerwony. Ku rozczarowaniu
większości ekipy do mauzoleum Lenina nie można było wejść, za to udało nam się
odprawić Mszę Św. pod murami Kremla. Kiedy podstawiono pociąg do Biszkeku mieliśmy spore obawy, czy uda nam się do niego
wsiąść, a jeśli nawet wsiądziemy, to ilu dodatkowych pasażerów będzie z nami podróżować. Gdy pociąg został zapowiedziany, ruszył w jego
kierunku nie patrzący na nic „dziki tłum” ludzi.
Obawiam się, ze gdyby ktoś z idących przewrócił się, zostałby zadeptany. Chyba
nie tylko my mieliśmy takie obawy – widzieliśmy, jak ojciec niósł dziecko
trzymając je za rękę w górze tak, by biegnący tłum przypadkie7m go nie
stratował. Na szczęście nasze obawy nie sprawdziły się i 4-dniową podróż
pociągiem spędziliśmy miło bez współpasażerów na naszych miejscach (ponoć
zdarzają się nawet potrójne nadkomplety!). Nie obyło się oczywiście bez
licznych wrażeń, które zapewne długo pozostaną w naszej pamięci, a których nie
da się wyrazić na skrawku papieru...
Dalsza
podróż
z Biszkeku do górskiej bazy odbywała się już autami. Najpierw
do Osz z kierowcą Kolą, który prowadził samochód w
sposób iście rajdowy (na górskich serpentynach rzadko zwalniał poniżej 100 km/h,
ponadto po ostrzejszych zakrętach nie spuszczając nogi z gazu wychylał się z auta (prawie wychodził!) i oglądał
bagaże na dachu), a następnie do bazy terenowym uazem,
którego stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia i który psuł się co
jakieś 30 km. Po drodze pokonaliśmy m.in. górską
przełęcz ok. 3 tys. m n.p.m., sforsowaliśmy rwącą rzekę, a wszystko w
przecudnej scenerii gór Tien-Szanu. Wskutek ciągłych
napraw samochodu nasza podróż przeciągnęła się i nocowaliśmy w chacie jednego z
kierowców. Dzięki temu mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć z bliska życie
typowej kirgiskiej rodziny (mocno różni się od naszego). Znów wrażeniami można
by zapisać wiele stron…
Wreszcie
dotarliśmy
(o jeden
dzień później niż planowaliśmy) do znajdującej się na wysokości ok. 3800 m
n.p.m. bazy pod Pikiem Lenina. Przepakowaliśmy bagaże i następnego dnia, czyli
24 lipca rano wyruszyliśmy już na własnych nóżkach do pierwszego obozu. Okazało
się, że droga jest dłuższa i trudniejsza niż się spodziewaliśmy. Trzeba było omijać
liczne szczeliny, a przez to nadkładać drogi, nasze organizmy odczuwały brak
aklimatyzacji, być może odzwyczaiły się też od fizycznego wysiłku po
ponadtygodniowej podróży. Nie wiem. Wprawdzie dzielnie odrzucaliśmy propozycje
pomocy (oczywiście odpłatnej) składane przez kirgizkich
tragarzy, ale szliśmy dużo wolniej niż planowaliśmy i właściwie nikt nie
wykonał zamierzonych planów. Księża zabrali ze sobą cały swój bagaż na raz i
mieli dojść z nim do jedynki, a rozbili się jakieś 3 godziny przed nią, reszta
ekipy miała dojść do obozu I, tam zostawić rzeczy i zejść do bazy, by
następnego dnia wnieść resztę swoich bagaży. Sławek z Przemkiem doszli do
jedynki ok. 19 i postanowili spędzić tam noc mimo braku ciepłych śpiworów i karimat. Ubrani we wszystko, co mieli jakoś przetrwali noc
i dopiero następnego dnia zeszli do bazy. Ja natomiast zostawiłam swoje rzeczy
po drodze w namiocie księży i zeszłam jako jedyna na dół. Schodząc miałam
nadzieję, że Sławek i Przemek dotrą tego dnia do bazy. Nie wiedziałam, że następnego
dnia przyjdzie mi samotnie pokonywać drogę. Rano właściwie nie miałam wyjścia,
bo nie mogłam zawiadomić kolegów, że nie dojdę dziś do nich, a nie chciałam ich
martwić. Zresztą czułam się dobrze, a droga nie była szczególnie trudna
technicznie, tylko jakoś lepiej się idzie, jak mam z kim
porozmawiać. Poza tym już po kilkuset metrach miałam dość pytań Kirgizów typu:
"Пóмощь не
нўҗна?" (czyt.
Pomoc nie nużna? Czyli, czy nie jest potrzebna mi
pomoc). Podejrzewam, że jak widzieli samotną dziewczynę z dużym plecakiem na
grzbiecie to pytali ze 3 razy częściej niż normalnie. Jak słusznie
podejrzewałam chłopaki czekali na mnie i już razem poszliśmy do obozu I. Następne dni to ciąg dalszy zakładania
"jedynki" oraz dalsza droga i rozbijanie "dwójki".
Nie
były to łatwe dni...
We dnie
dokuczało piekące niemiłosiernie słońce, w nocy temperatura spadała grubo
poniżej zera…dokuczała obniżona zawartość tlenu, niektórym ból głowy, gorączka
i inne objawy chorobowe. Najbardziej dokuczliwa była straszliwa biegunka, która
łapała chłopaków prawie co drugi dzień. Dodatkowo już
trzeciego dnia naszej działalności górskiej usłyszeliśmy o tragicznym
zakończeniu wyprawy Polaka, który zaatakował górę samotnie bez aklimatyzacji,
na którą nie miał czasu i niestety zginął. Miał 26 lat, pewnie wiele planów na
przyszłość... Może był zbyt pewny siebie i swoich sił, może chęć zdobycia
szczytu była zbyt silna... Góry jeszcze raz pokazały, że nie ma z nimi żartów.
Jadąc na Pik Lenina wiedziałam, że to niebezpieczne, ale takie zetknięcie się
właściwie twarzą w twarz ze śmiercią innego miłośnika gór dało mi jeszcze
większy respekt do tej góry.
Po
kilku dniach
spędzonych w obozie drugim, 29 lipca wraz z Jankiem postanowiłam wejść na
Pik Razdielnej (ok. 6200 m n.p.m),
Grzegorz męczony gorączką miał zostać w namiocie, a Przemek i Sławek dopiero
dzień wcześniej dotarli do "dwójki" i mieli tego dnia schodzić do
"jedynki" po resztę swoich bagaży. Właściwie bez przeszkód dotarliśmy
o 11:15 do zamierzonego celu, Jan dzielnie znosił moje wolniejsze tempo i aby
mnie nie wyprzedzać, co chwila robił sobie dłuższe przerwy. Chwila na
pamiątkowe zdjęcia i czym prędzej zaczęliśmy schodzić w dół. Na szczycie bardzo
silnie wiało. W drodze powrotnej spotkaliśmy Grzegorza, który czując się lepiej
postanowił nas dogonić. Stanął na szczycie dwie godziny po nas.
Dalsze
zmagania
chłopaków
z Pikiem Lenina znam tylko z opowiadań, bowiem sama postanowiłam zrezygnować z
jego zdobywania. 31 lipca Sławek z Janem poszli do
obozu trzeciego, tam z powodu bardzo silnego wiatru spędzili 2 dni w namiocie.
Oczywiście próbowali kilkakrotnie wychodzić w kierunku szczytu, ale z powodu
wiatru i zimna za każdym razem musieli rezygnować. Wtorek 2 sierpnia miał być
ostatnim dniem próby – albo wejdą na szczyt, albo schodzą na odpoczynek.
Trzeciego wyjścia właściwie nie było. Organizm na takiej wysokości właściwie
nie odpoczywa, a oni byli tam już 3 dzień, ponadto kończyło im się jedzenie
zabrane do trójki. Pierwszy wyszedł Sławek, ale po jakimś czasie Jan go
dogonił. Przez chwilę szli razem, po czym rozdzielili się. Jan czuł się bardzo
dobrze i chciał koniecznie wejść tego dnia na szczyt, Sławek nie do końca czuł
się na siłach i rozważał możliwość powrotu (potem poczuł się lepiej i również
zaczął iść w kierunku szczytu). Na śnieżnym plato pod Leninem Jan zwątpił - nie
wiedział, który z wyrastających przed nim wierzchołków jest tym najwyższym.
Dodatkowo gęstniejąca mgła utrudniała widoczność do tego stopnia, że obawiał
się, iż nie odnajdzie drogi powrotnej… Już miał zawrócić, kiedy dostrzegł
wyłaniającą się sylwetkę. Był to Austryjak, który
wydawał się Janowi bardzo pewny tego, gdzie ma iść. Jak się później okazało, on
wcale taki pewien nie był - chciał się dopytać Jana, ale że nie mogli się
dogadać, poszli razem i
o
13:48 stanęli na szczycie!
Według
wskazań GPS-a był to najwyższy wierzchołek liczący
7134 m n.p.m. Sławek wszedł na szczyt o godz. 14:30 zdobywając sąsiedni
wierzchołek góry. Wszyscy w ekipie jesteśmy zgodni, że obaj byli na Piku
Lenina. Dla Sławka najtrudniejsze momenty miały dopiero nadejść. Najpierw
podcięła go i pociągnęła za sobą schodząca z góry mała lawina, tzw. "deska
śnieżna". Po kilkudziesięciu metrach udało mu się zatrzymać. Drugi raz
przeżył chwile grozy, gdy zaczął obsuwać się ze ściany, a czekan wysunął mu się
z ręki wraz z łapawicą. Na szczęście udało mu się
cało wyjść z opresji i 5 sierpnia spotkaliśmy się już prawie w komplecie.
Grzegorz postanowił wcześniej wracać do Polski i 4 sierpnia wyjechał już z bazy
do Osz. Zwinęliśmy nasz obóz i obładowani niczym
juczne zwierzęta (bagaże wnoszone w dwóch turach znosiliśmy za jednym razem)
ruszyliśmy do Osz, gdzie jak się okazało czekał na
nas Grzegorz, gdyż nie udało mu się przebukowac
biletu na samolot. Sławek z Przemkiem, którzy wracali pociągiem do Polski,
dotarli zaledwie dzień po nas, mimo iż pociąg do Moskwy jedzie 4 dni a samolot
ok. 4 godzin. My za to spędziliśmy niezapomniane „wczasy” w Osz
wysypiając się "ile wlezie", pochłaniając
ogromne ilości jedzenia oraz spacerując codziennie po miejscowym zajmującym
niemal pół miasta bazarze.
Trzeba
by chyba całej książki
aby
opisać w szczegółach tę wyprawę... To, co napisałam, to tylko skrót, kilka
epizodów, nie wiem nawet czy najważniejszych... Wielu rzeczy w słowa ująć się
nie da, trzeba samemu tego doświadczyć, trzeba to poczuć gdzieś w duszy, by
wiedzieć, co pcha ludzi zarażonych wspomnianą na wstępie choroba zwaną
„miłością do gór” na coraz to nowe szlaki.
Na
koniec chciałabym wyjaśnić tytuł artykułu.
Рахмат (czyt. Rachmat) to po kirgisku
"dziękuję". Jest to słowo, które jako pierwsze „ciśnie mi się na
myśl”, kiedy wspominam tamten czas. Рахмат przede wszystkim Panu Bogu najbardziej za to, czego tam we
mnie dokonał. Pobyt w górach to dla mnie za każdym razem swego rodzaju
rekolekcje, a te na Piku Lenina wydają mi się szczególnie mocne… W mej pamięci
tkwi wiele zdarzeń z czasu spędzonego w Pamirze, ale szczególnie mocno zapisała
się w niej jedna noc, po której chyba nigdy już nie będzie tak, jak było przed
nią. Zbyt wiele zdziałał wtedy w moim sercu, za bardzo doświadczyłam wtedy Jego
obecności przy mnie, Jego niesamowitej miłości do mnie słabej istotki… Rano
czułam się cudownie, radośnie, lekko, jak by ktoś przypiął mi skrzydła do
ramion. Trudno to opisać, słowa są za małe…
Chciałabym
zatrzymać ten czas,
by
zawsze czuć tak mocno obecność Boga przy mnie, ale wiem, że to niemożliwe,
przynajmniej tu na ziemi. Jestem jednak bardzo wdzięczna Bogu za to
doświadczenie. Po tamtej nocy wiedziałam, że na szczyt już nie pójdę, chociaż
miałam jeszcze sporo sił i czasu, mój organizm był już właściwie
zaaklimatyzowany, a pogoda była piękna. Nie wiem czy dałabym radę, być może
warunki okazałyby się zbyt trudne, sił zbyt mało … Nie wiem, ale… nie obchodzi
mnie to! Wiem, że dostałam dość, a właściwie dużo więcej, niż się spodziewałam,
a nie można żądać zbyt wiele. Nie wiem, czy ktokolwiek zrozumiał coś z tego
ostatniego akapitu. Wiem, że może przypomina to gaworzenie dziecka - niby
wydaje ono głos, ale trudno pojąć, co chce ono powiedzieć. Przepraszam Was, drodzy
Czytelnicy, ale trudno wyrazić to, czego doświadczyłam słowami. Wiem jedno - w
moim sercu jest głęboka wdzięczność dla Boga za tamto doświadczenie, jak
również za cały czas spędzony w Pamirze, za ludzi, którzy byli ze mną i za
tych, których tam spotkałam, za przepiękną pogodę, którą nam dał (2 tygodnie
słonecznej pogody to coś niebywałego na Piku Lenina). Poza Panem Bogiem
chciałabym tez powiedzieć рахмат kolegom z
ekipy, wszystkim ludziom, których spotkałam podczas pobytu w Kirgistanie, za ich życzliwość i otwarte serca, rodzinie,
przyjaciołom i wszystkim tym, którzy wspierali nas swoją modlitwą, panu
Burmistrzowi, firmom Merida,
Małachowski i Pacon za
dofinansowanie, Kindze za pomoc w zdobyciu leków wysokościowych, wszystkim za
wszystko składam stokrotne Bóg zapłać. Jednocześnie chcę przeprosić Jana,
Grzegorza, Sławka i Przemka, a więc tych, którzy spędzili w czasie tej wyprawy
najwięcej czasu w moim towarzystwie, jeśli ich w jakikolwiek sposób uraziłam,
oraz moich najbliższych i przyjaciół za to, że się o mnie denerwowali.
Amelia
Pasternak